Mobbing w pracy - byłam ofiarą - Asystentka Level Master
Menu Zamknij

Byłam ofiarą mobbingu

Mobbing w pracy

Chociaż „ofiara” to nie jest dobre słowo. Bardziej pasowałby tu tytuł „Doświadczyłam mobbingu”. Ale „ofiara” w tytule sprawiła, że otworzyłaś ten wpis. ;) Więc nie przeszkadzaj sobie, kontynuuj czytanie.

Postanowiłam opowiedzieć tę historię akurat teraz, ponieważ jest to dość wyjątkowy dla mnie moment. Właśnie mija druga rocznica mojego bloga. I czwarta rocznica rozpoczęcia mojej pracy jako wirtualna asystentka. Bardzo wiele się w tym czasie zmieniło w moim życiu. I pomyślałam sobie, że tym wpisem być może zainspiruję kogoś, kto jest w podobnej sytuacji co ja kiedyś. Chcę Ci napisać, że to, że teraz jest do d**y nie znaczy, że tak będzie zawsze. Jeśli pracujesz z kimś, kto stosuje wobec Ciebie mobbing, to jest z tego wyjście. Zawsze. Jednym z nich jest rozpoczęcie pracy jako wirtualna asystentka, ale do tego jeszcze wrócę.

Dzisiaj będzie dość poważnie. Chyba. Bo jednak znając moją naturę i styl pisania, pewnie wplotę w tę opowieść kilka anegdot. A może nie? Może będzie bardzo serio? Tak z grubej rury? Choć w sumie cała ta historia kończy się bardzo pozytywnie. Przynajmniej dla mnie. ;)

Będzie też wulgarnie, bo (no sorry) temat tego wymaga. Bo ten wpis to moje katharsis. Bo potrzebowałam 4 lat, żeby o tym napisać. I będzie bardzo osobiście. Tak, będzie na wskroś osobiście, bo to moja historia. Inni mają swoje. Ta jest moja. I niczyja więcej.

I nie będzie użalania się nad sobą. Bo nie należę do osób, które się nad sobą użalają. Czasem pomarudzę, bo jestem kobietą. Wolno mi. ;) Ale potem przeważnie szukam rozwiązań. Choć nie zawsze je znajduję. Czasem przychodzą same. Tak było w tym przypadku.

Początki

Być może znamy się osobiście. Lub może czytasz od jakiegoś czasu mojego bloga i zajrzałaś w zakładkę O mnie. Jeśli tak, to pewnie wiesz, że zanim założyłam swoją firmę i zostałam wirtualną asystentką, pracowałam na etacie w firmie zajmującej się sprzedażą i naprawą samochodów dostawczych i ciężarowych. Zaczynałam tam pracując na telefonie, pozyskując do działu handlowego kontakty pod sprzedaż nowych samochodów. Niedługo po tym, jak zostałam tam przyjęta, osoba która zajmowała się w firmie księgowością i obiegiem dokumentów poszła na dłuższe zwolnienie lekarskie. Większość tematów, którymi się zajmowała przypadły mnie. I tak zaczęła się rozkręcać moja kariera asystentki w tejże firmie. Z czasem telemarketingiem zajmowałam się coraz mniej, a tematów związanych z obsługą działu serwisu było więcej. Cieszyło mnie to, bo od zawsze lubiłam takie zadania. W końcu czułam, że praca daje mi satysfakcję.

Po około 2 latach mojej pracy przyjęto nowego kierownika. Ponieważ branża motoryzacyjna jest dość hermetyczna i ludzie często przechodzą z jednej firmy do drugiej w obrębie tej samej branży, więc już wtedy chodziły po firmie niezbyt pozytywne opinie o jego osobie. Myślałam wtedy „ee, nie może być tak źle”.

No cóż, inni nie mieli źle. Ja, jako jedyna kobieta „pod jego panowaniem”, stałam się obiektem drwin i gorszego traktowania. Panu kierownikowi najwyraźniej satysfakcję sprawiało stawianie mnie w niezręcznych sytuacjach. Obstawiam, że powodem takiego zachowania mógł być mały rozmiar jego… ego. Cóż, bywa.

Zaczęło się dość niewinnie – od stworzenia dystansu. Mimo, że wszyscy w firmie byli na „ty”, do mnie nigdy nie padła propozycja odnoszenia się inaczej niż per Pan/Pani. Tak zostało.

„Od teraz możecie panią Ela… wykorzystywać…”

Gdy wywalczyłam sobie awans i oficjalnie z telemarketerki zmieniono mi nazwę stanowiska na „asystentka serwisu”, a tym samym zaczęłam pracować bezpośrednio pod jego dyktando, zaczął się rozkręcać.

Nie zapomnę pierwszego zebrania, gdzie ogłosił, że oficjalnie zostaję asystentką serwisu i padło zdanie, wypowiedziane z ironicznym uśmiechem, które brzmiało: „od teraz możecie panią Elę… ekhm… wykorzystywać”. Przypomnę: cały zespół – męskie grono, 5 czy 6 chłopa, kierownik… i ja. Wszystkich, pamiętam, tak ubawiło to zdanie. Tylko nie mnie.

Kolejna sytuacja wydarzyła się kilka dni później. Do pracy dojeżdżałam samochodem. Zajmowało mi to około 20-35 minut w zależności od korków, które w Krakowie potrafią być często nieznośne. Alternatywą był dojazd komunikacją miejską, który (z przesiadką, której nie dało się uniknąć) zajmował mi prawie godzinę w jedną stronę. Dojazdy samochodem, z racji posiadania instalacji gazowej, wychodziły niewiele drożej. Więc dojeżdżałam autem. Ryzyko było takie, że raz dojeżdżałam 15 minut przed czasem (oczywiście wcześniejsze wyjście z pracy z tej okazji nie było mile widziane), a raz na jakiś czas zdarzyło mi się spóźnić kilka minut.

I sytuacja taka: stoję w korku, do godziny zero jeszcze 15 minut. Wiem, że zdążę. Dzwoni koleżanka i pyta gdzie jestem. Mówię, że jadę. „To pospiesz się, bo kierownik już na Ciebie czeka”. Nie minęło 5 minut, kolejny telefon. „No gdzie jesteś?”. „No jadę”. „To pospiesz się.” Wystarczyło, żeby mi podnieść ciśnienie sporo ponad normę. W pracy byłam minutę po czasie. Jak dotarłam do biurka, to kierownik już nad nim stał. Spojrzał na mnie wymownie i oświadczył, że przyjechał jakiś ważny klient i mam mu zrobić kawę… Tak kuźwa. Kawę.

Parzenie kawy szczytem asystenckich kompetencji

Robienie kawy było standardowym zadaniem asystentki w tej firmie. Tak, jakby panowie sobie nie mogli poradzić z tym jakże skomplikowanym tematem. W ogóle utarł się taki ogólny obraz, że głównym zadaniem asystentki jest przynoszenie swoim przełożonym kawy. Co za durny zwyczaj. A potem panuje przekonanie, że do niczego innego się nie nadajemy… Tak, w tej firmie to też był standard. Tak, robiłam te kawy każdemu kluczowemu klientowi, który się napatoczył, za każdym razem prezesowi, gdy o to poprosił, i na każdy przyjazd każdego możliwego dyrektora – również. Tak, zagryzałam zęby, robiłam te kawy i przynosiłam. I obiecywałam sobie w duchu, że nigdy więcej w swojej karierze nie będę tego robić. Tej części pracy oczywiście nie uważałam za mobbing. Ale czułam, że jest to zadanie upokarzające i po prostu powinnam o tym napisać. Szacunek do kobiet nakazuje, żeby sobie panowie sami te kawy robili do cholery.

Kolejne miesiące były pełne ciekawych sytuacji

Sprawdzanie mnie co robię. Gdy zdarzyło mi się chwilę dłużej zagadać z kimś z zespołu, to jaśnie pan przychodził, stawał obok i sugerował, żebym wróciła do swoich obowiązków. Bądź pytał, czy zajęłam się już konkretnym zadaniem. Do tego stopnia potrafił być natrętny, że nie odpuszczał nawet przy firmowych imprezach.

Podczas okresu świątecznego zawsze był organizowany jakiś poczęstunek, szefostwo powiedziało kilka słów i cały zespół schodził się do biura, żeby porozmawiać i coś zjeść. Pamiętam jak stałam akurat z kilkoma osobami niedaleko mojego biurka, popijając barszcz i zajadając krokieta, gdy gość do mnie podchodzi i pyta, czy zajęłam się jakimś tam zadaniem. Pamiętam, że temat o który pytał, to była jakaś totalna pierdoła, która mogła spokojnie poczekać. Odpowiedziałam, że zajmę się tym jak skończę jeść. Nie minęło pięć minut, a przylazł znowu i pyta kiedy się tym zajmę. Nie zdążyłam się wtedy ugryźć w język i już lekko poirytowanym głosem zapytałam, czy mogę spokojnie skończyć jeść.

Co jakiś czas organizował spotkania zespołu. Mało co z nich wynikało, ale miały imitować, że coś w pracy robił. Oczywiście ja, jako asystentka, nie miałam nic na tych zebraniach do powiedzenia. Moim zadaniem było robienie notatek, a potem zbieranie tego w formie raportu. Nikt do tych raportów potem nie zaglądał, ale miały być robione. Po co? Do dzisiaj nie wiem.

Takich bezsensownych zadań było sporo

Albo zadań, które mocno wykraczały poza zakres moich kompetencji. Pracowałam wprawdzie na backoffice, ale ta niewielka część zespołu, którą stanowiły kobiety, starała się jednak elegancko wyglądać i wszystkie po biurze popylałyśmy w butach na obcasie. I nagle dostaję polecenie służbowe pod tytułem: „Proszę spisać wszystkie narzędzia znajdujące się na serwisie”. Taaaak. Pójść na halę. Gdzie odbywają się naprawy samochodów. Spisać narzędzia. Nie, że nowe, czyste. Używane, utaplane w smarach. Spisać. Z nazwy. Na szczęście na hali miałam już znajomości. ;) Chodziliśmy z kolegą i spisywaliśmy te narzędzia przez kolejne kilka dni. Tak, dzięki temu od czterech lat wiem już co to i jak wygląda klucz dynamometryczny. ;)

Upokarzające mnie sytuacje były na standardzie

Moje biurko stało w pomieszczeniu, gdzie pracował dział handlowy. W sumie w pokoju siedziało sześć osób. Wszyscy byli świadkami zwracania mi nagminnie uwagi.

Wykonałam zadanie nie tak, jak zakładał jego plan? Słyszałam ironiczne: „paaani Elu….”. Powiedziałam, że czegoś, co zlecił (a było totalnie od czapy) nie udało mi się załatwić, słyszałam: „paaani Elu…”. Z czasem sam zaczął z góry zakładać, że jeśli coś nie było zrobione, to z mojej winy. Kiedyś rezerwowałam hotel dla kilku osób, ponieważ miały jechać do Warszawy na szkolenie. Ktoś z recepcji hotelu zawalił i nie zrobił rezerwacji mimo, że miałam potwierdzenie w mailu, że wszystko jest załatwione jak należy. Osoby jadące do hotelu po szkoleniu odbiły się od drzwi, bo nie było już wolnych pokoi. Oczywiście burę dostałam ja mimo, że prawdę mówiąc, przez czas pracy w tej firmie nie zawaliłam ani jednego tematu. Ani jednego.

Kiedyś dostałam polecenie przepisania do Worda i przeredagowania papierowej umowy. W terminie ekspresowym, bo dyrektor ma ją podpisać, a za chwilę jedzie na spotkanie. Przepisałam, sprawdziłam, czy nie ma literówek. Nie mogłam tylko znaleźć na liście dostępnych symboli znaczka paragrafu do umieszczenia przy kolejnych częściach umowy. Wiedząc, że czas mnie goni, skorzystałam ze znaczka dolara (notabene przy tworzeniu pierwotnej umowy ktoś miał ten sam problem ;)). Przynoszę przepisaną umowę i znów słyszę: „Paaani Elu… takie podstawy…”. Aa, zapomniałabym wspomnieć – mój dyrektor siedział w tym momencie naprzeciwko…

Potem poszedł o krok dalej

Po paru miesiącach pracy większość osób z zespołu wiedziała już, że kierownik „ma ze mną jakiś problem” i tylko czasem cichaczem wymienialiśmy żarty, że muszę być faktycznie do d**y pracownikiem, bo wiecznie słyszą tylko „paaani Elu…”.

Potem poszedł o krok dalej. Wzywał mnie do swojego biurka w jakiejś tam mało znaczącej sprawie, po czym jakby od niechcenia pokazywał mi CV jakichś dziewczyn, które rzekomo zgłosiły się na ofertę pracy na asystentkę i komentował (czasem dość dwuznacznie) czy dana osoba nadawałaby się do pracy, czy nie. Przy czym nigdy nie zostało powiedziane wprost, czy ma to być osoba na moje miejsce i w jakim celu miałaby być zatrudniona. W tamtym okresie wiedziałam, że nie ma pracy asystenckiej więcej niż dla jednej osoby, czyli dla mnie. Wychodziłam więc z założenia, że ta jego praktyka była wyłącznie w celu zasiania we mnie niepewności co do mojego dalszego zatrudnienia. Do dzisiaj nie wiem skąd pochodziły te CV, bo żadnego ogłoszenia o pracę na moje stanowisko w tamtym okresie nie znalazłam.

Między jedną serią ataków a drugą zdarzały się momenty, gdy było całkiem normalnie. Miał okresy, gdy potrafił być nawet miły. W tamtych chwilach byłam zmuszona do zaśmiania z jego żartu, czy wymiany zdań na jakiś temat. Po dwóch, trzech dniach wracało wszystko do „normy”. Być może te jego „lepsze” momenty zależały od stanu pożycia w jego domu rodzinnym. Nie wnikałam. Dla mnie te zmiany nastrojów powodowały tylko zamęt, bo po pewnym czasie nie wiedziałam już kompletnie czego się po nim spodziewać i kiedy znowu mi dowali jakimś upokarzającym tekstem.

A więc mówisz, że to mobbing?

Ktoś, czytając to, pomyśli – przecież to nie był mobbing. Nie było przecież wyzwisk, przemocy fizycznej….

Kodeks pracy definiuje mobbing jako „[…] działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników.”

Więc czy był to mobbing? Sama oceń. Faktem jest, że jego zachowania powodowały, że po kilku tygodniach takich sytuacji, przed wyjściem do pracy, z nerwów rzygałam jak kot.

Myślę, że był sprytny. Gdyby dopuścił się gorszych zachowań, to być może miałabym konkretne podstawy do tego, by to zgłosić. Ale przy jego zachowaniu był po prostu „wymagającym kierownikiem, co z tego, że chamem”. I co z tego, że chamem był tylko w stosunku do mnie?

Zadanie z cyklu „mission impossible”

I potem otrzymałam to feralne zadanie, któremu (w jego mniemaniu) nie sprostałam. Był piątek, a moje godziny pracy zaczynały się o 8:00 i kończyły o 16:00. Była godzina w okolicy 13:00, gdy wezwał mnie do siebie, żeby mnie poinformować, że w poniedziałek dostał od dyrektora zadanie, którego termin mija dzisiaj i mam się tym tematem zająć. Tak, dobrze przeczytałaś. Jego zadanie, którym sam powinien się zająć jako kierownik, postanowił przekazać mnie. Tak, otrzymał je w poniedziałek, był piątek, trzy godziny przed końcem mojej pracy. I dostaję je do zrobienia do końca dnia. Mało tego – przypomniało mi się, jak dwa dni wcześniej widziałam go siedzącego przy swoim biurku i przeglądającego Allegro…

Pewnie ciekawi Cię co to było za zadanie. Nie pamiętam szczegółów, ale mniej więcej miało to polegać na wypełnieniu (ręcznie) za każdego z serwisantów czterech stron formularza, chyba na temat obsługi każdego z ich kluczowych klientów. Miałam to zrobić ja, osobiście. Kilkadziesiąt stron formatu A4 do wypełnienia ręcznie. W trzy godziny. Właściwie w dwie, bo na dany dzień miałam jeszcze inne rzeczy do zrobienia, które nie mogły czekać. I się o tym zadaniu jaśnie szanownemu kierownikowi przypomniało w piątek o 13:00, mając go na mailu od początku tygodnia. Przypadek? Nie sądzę.

Widząc już, że nie podołam, pominęłam drogę służbową

I zadzwoniłam bezpośrednio do dyrektora. Powiedziałam jak się ma sytuacja i wynegocjowałam dodatkowe dwa dni. Dowiedziałam się przy okazji, że to zadanie to nie moja broszka, tylko panów na serwisie i to ich trzeba pogonić z tym tematem. Dokończyłam swoje sprawy na ten dzień i parę minut po 16:00 uchyliłam drzwi do pokoju kierownika, żeby zdać krótki raport, że sytuacja opanowana. Nie zapomnę jego wyrazu twarzy w tamtej chwili. To nie było zadowolenie z przygaszonego pożaru. To nie była też złość, że pomimo postawienia mnie w kiepskiej sytuacji dałam sobie radę. To była mina, której znaczenie uświadomiłam sobie dopiero po czasie. Mina „i tu Cię mam”.

To było ostatnie zlecone mi zadanie z tych „impossible”. Pamiętam, że dopięłam je do końca, mimo, że ze sporym opóźnieniem. To był październik, a mnie kończyła się niedługo moja trzyletnia umowa o pracę. Kolejna miała być już na czas nieokreślony. W ferworze walki z bieżącymi zadaniami kompletnie zapomniałam o tym, że ta umowa mi się kończy. Mało tego, wiedząc, że pozostałe osoby z zespołu uważały, że robię dobrze swoją robotę, nawet się nie domyślałam co mnie czeka. Powiesz pewnie „Skoro się tak zachowywał, to mogłaś się domyślić, że Cię zwolni”. Nie, nie pomyślałam o tym.

Naiwnie wierzyłam, że nie jest aż takim gnojem. A jednak… był. :)

Choć nie, nie zwolnił mnie. Gdyby to zrobił, miałabym miesięczny okres wypowiedzenia. Tyle mi się wtedy należało przy trzyletniej umowie. Ale on był sprytny. Poczekał i zaprosił mnie na rozmowę tydzień przed końcem umowy. O tym, że kończy mi się umowa przypomniało mi się, jak siedząc już przy jego biurku usłyszałam pierwsze zdanie. „Za tydzień kończy się pani umowa i chciałbym na ten temat porozmawiać.” – usłyszałam. „Panie kierowniku, dobrze mi się tutaj pracuje i wydaje mi się oczywiste, że chciałabym ją przedłużyć.” – mówię. „Ale my nie jesteśmy zainteresowani, żeby ją przedłużyć.”. My? Ty dziadzie.

Wtedy zarabiałam – nie bójmy się użyć tego słowa – kiepsko. Z trudem starczało na wynajęcie pokoju w Krakowie we współdzielonym mieszkaniu, jedzenie, paliwo na dojazdy do pracy, bieżące wydatki i sporadycznie jakieś przyjemności. Nie było szans, żeby coś odłożyć na takie sytuacje, jak ta. Mało tego, kilka tygodni wcześniej mojej Mamie wykryto raka, więc resztę kasy wydawałam na paliwo kursując między Krakowem a Śląskiem odwiedzając ją w szpitalu lub uzupełniając zakupy do domu. I żeby tego było mało, dwa dni przed tym jak dowiedziałam się, że mam tydzień na znalezienie nowej pracy, żeby nie stracić płynności finansowej, rozstałam się z ówczesnym facetem. Więc generalnie ch*jnia z patatajnią.

Pamiętam, że w ostatni dzień (a przyszłam specjalnie w sobotę jak nigdy), zostawiłam mu na biurku wszystko, czym się dotychczas zajmowałam. Kilka segregatorów z dokumentami, jakieś luźne papiery, których nie zdążyłam ogarnąć do końca, rulon z jakimś plakatem, który nie zmieścił się na serwisie i kilka innych szpargałów. Słowem – wszystko, co tylko się dało zebrać z tych kilkunastu miesięcy pracy w jego towarzystwie. Ułożyłam mu z tego ładną górkę i zrobiłam sobie na pamiątkę zdjęcie. Co innego mi pozostało? ;)

Skoro tak Ci było źle, to czemu wcześniej nie odeszłaś?

Pewnie ktoś, czytając to powie: „Skoro tak Ci było źle, to czemu nie znalazłaś innej pracy?”. Gdy przeprowadziłam się ze Śląska do Krakowa, znalezienie pracy zajęło mi… rok. Chodziłam na rozmowy, ale ostatecznie nikt nie oddzwaniał. To był ten okres na rynku pracy, gdy pracodawcy mogli sobie przebierać wśród pracowników. A ja w tamtym czasie nie miałam jeszcze za dużego doświadczenia. Po paru miesiącach szukania byłam przekonana, że moja przydatność na rynku pracy jest zerowa.

Ostatecznie do tejże firmy dostałam się po znajomości. Koleżanka pracująca w głównej siedzibie na Śląsku dała mi znać, że szukają kogoś do obdzwaniania bazy potencjalnych klientów. Wiedziałam, że będzie to praca, w której będę się sromotnie męczyć. Ale moja sytuacja finansowa była naprawdę kiepska i liczyła się każda złotówka, więc zagryzłam zęby.

Dlatego, gdy pojawił się nowy kierownik i moja sytuacja zaczęła wyglądać tak, a nie inaczej, zaczęłam szukać czegoś innego. Tyle, że potencjalni pracodawcy nalegali przeważnie na rozmowy w godzinach mojej pracy. Nie było mowy, żeby wyrywać się w ciągu dnia, więc pozostawało branie urlopu. A opcja wolnego na poczet każdej rozmowy kwalifikacyjnej była słabą opcją. Ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu i zagryzłam zęby tłumacząc sobie „taka branża, męska – jako kobieta muszę być twarda”. No k**rwa nie! Miałam prawo do szacunku jak wszyscy inni.

Wizyta u prawnika

Miesiąc po odejściu z firmy, gdy już poukładałam sobie trochę sprawy zawodowe i prywatne, poszłam do prawnika dowiedzieć się, czy mam jakieś możliwości w sądzie. Szybko sprowadzono mnie na ziemię. Nie miałam żadnych fizycznych dowodów na to co się działo. Żadnych maili, nagrań rozmów. Miałam tylko naocznych świadków. Połowa firmy wiedziała, że jest mi robione pod górkę. Nieraz słyszałam „nie przejmuj się, pewnie w domu żona ma focha i dlatego wyżywa się na Tobie”. No i fajnie. Ludzie są z natury dobrzy, ale nie głupi. Kto pójdzie zeznawać w sądzie przeciwko osobie na wyższym stanowisku, w obronie koleżanki, która w firmie już nie pracuje, bo nie przedłużono jej umowy? No, to już wiesz jak się skończyła wizyta u prawnika. ;)

Wierzę w karmę

Wtedy powiedziałam sobie: „Zielińska, rób swoje, a jemu życie odpłaci.”. I odpłaciło. :) Parę miesięcy po moim odejściu został zwolniony z firmy za brak wyników. Chwilę później zwolniono go z kolejnej roboty. Ostatnią informację, jaką mam na jego temat to, że został sprzedawcą mebli ogrodowych. Z kierownika dużego serwisu na sprzedawcę mebli? Trochę taka degradacja zawodowa, co nie? ;)

Ktoś powie: „Żadna praca nie hańbi”. No niby nie. A bycie ch**em?

Na szczęście nigdy mobbing na mnie stosowany nie osiągnął takiego poziomu, który zdegradowałby mnie w firmie do roli ofiary czy popychadła. A może to nie zależało od niego, tylko od tego, że się po prostu nie dałam zgnoić? Z pozostałymi osobami z zespołu w większości się lubiliśmy lub po prostu nie wchodziliśmy sobie w drogę. Większość z nich na wiadomość o moim zwolnieniu była równie zaskoczona, jak nie bardziej, niż ja. Jak napisałam wcześniej – nigdy niczego nie zawaliłam, wszystko było robione na czas i dopilnowane.

Niestety moja przełożona, u której pracowałam przez pierwsze dwa lata – osoba mocno decyzyjna – nie zrobiła nic, żeby mnie w firmie zatrzymać. Mam do niej o to żal. Tym bardziej że uważałam ją za osobę bardzo w porządku i szanującą pracowników.

I żyła długo i szczęśliwie :)

W przeciwieństwie do „bohatera” naszej opowieści moja historia kończy się happy endem. :)

Mimo mojego początkowego strachu o to, że nie znajdę szybko pracy, znalazłam ją… w dwa dni. Najpierw jedną, gdzie szefa miałam naprawdę świetnego, ale warunki pracy niezbyt dobre, więc szukałam dalej. Potem dostałam kolejną propozycję, ale już wtedy wiedziałam, że moja praca na etacie to tylko czas na przeczekanie.

Ostatecznie po kilku miesiącach postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę, zakładając w końcu swoją działalność, o której marzyłam od paru lat. Uważam, że była to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Powiedziałam sobie wtedy, że już nigdy moje wynagrodzenie nie będzie zależne od jednej firmy, czy osoby. I nie jest. Prowadzę od czterech lat agencję zdalnych asystentek. Mamy kilku stałych klientów i regularnie zgłaszają się nowi. Firma się rozwija, a ja wraz z nią. Dwa lata temu uruchomiłam też bloga dla początkujących wirtualnych asystentek, który do dnia dzisiejszego pozwolił mi zarobić ponad 10 tys. zł. A to dopiero początek.

Moja Mama pokonała raka i wróciła do zdrowia. Ma się dobrze.

A ja zaczęłam spotykać się z wyjątkowym facetem, który wspiera mnie w moich działaniach i jest mi oparciem w trudnych momentach, zarówno osobistych, jak i zawodowych. Jesteśmy razem już 4 lata i jest nam ze sobą bardzo dobrze.

Puenta

Jaki jest morał tej historii? Że zawsze po burzy wychodzi słońce. Jeśli nawet chwilowo jesteśmy w głębokiej d**ie, to nigdy nie oznacza to, że tak będzie zawsze. Że czasem trzeba po prostu poczekać, żeby było lepiej. Lub szukać rozwiązań. Ja szukałam. Pracowałam po godzinach łapiąc się różnych rzeczy, licząc, że odłożę na tyle kasy, by móc sobie pozwolić na odejście z pracy. Ale wtedy to nie była dobra opcja.

Szkoda, że wtedy nie słyszałam jeszcze o takim zawodzie jak wirtualna asystentka. Może dzięki temu moja historia potoczyłaby się nieco inaczej. Ale nie ma tego złego. Wiedza, którą nabyłam pracując w tej firmie dała mi mocną bazę do tego, czym zajmuję się teraz. Bardzo wiele nauczyłam się o ludziach i o tym, jak sobie z nimi radzić. Dostałam kopa od życia. Być może gdyby nie to, to dalej byłabym w tym samym miejscu, w którym jestem teraz, zarabiając marne pieniądze i będąc uzależniona od humorów swojego pracodawcy. A zamiast tego pokazałam samej sobie, że dam sobie radę, nawet w tak trudnej sytuacji. I Ty też tak możesz. :)

Prawdę mówiąc – chyba powinnam jaśnie panu podziękować. :) Pisząc ten tekst jestem na takim etapie zawodowym, że dla niektórych klientów pracuję za trzycyfrową stawkę za godzinę pracy, a w trakcie pisania tego wpisu sprzedały się 3 moje poradniki. Ale jednak…. niesmak pozostał. I jednak… wolałabym uniknąć tego stresu, który przeżyłam.

Żałuję

Nie tego, że na to pozwoliłam. Nie. Bo na to, co się działo nie miałam zupełnie wpływu. I nie mogłam tego zmienić. Przynajmniej wtedy. Nie tego, że zostałam postawiona w takiej sytuacji. Nie. Bo z każdej historii z mojego życia, nawet tej trudnej, staram się wyciągać pozytywne aspekty. Wiele się nauczyłam. O ludziach, o sobie.

Żałuję tylko tego, że tak późno zdecydowałam się o tym napisać.

Więc jeśli jesteś w podobnym trudnym położeniu, pamiętaj: niedługo będzie lepiej. Wytrzymaj jeszcze trochę. Jeśli uznasz, że potrzebujesz – napisz do mnie (formularz kontaktowy znajdziesz w odpowiedniej zakładce na dole tej strony). Opowiedz swoją historię, może wspólnie znajdziemy rozwiązanie. Nie jesteś z tym sama.

Możesz już teraz mieć wpływ na swoją sytuację. Jeśli nie widzisz wyjścia i nie możesz sobie pozwolić na radykalną zmianę pracy, zacznij szukać zleceń jako wirtualna asystentka. Przejrzyj mojego bloga, zapisz się na bezpłatny kurs mailowy, który przygotowałam. Wszystko, co potrzebne, aby zacząć, masz tutaj na tym blogu. Prosto i konkretnie. Weź sprawy w swoje ręce i do roboty. :)

2 Komentarze

  1. Dana - Kobiece Finanse

    Współczuję doświadczeń, niemniej historia ma happy end. Jakby nie patrzeć, wszystko dzieje się po coś – dzięki takiemu tokowi spraw, jesteś dzisiaj w miejscu, w którym jesteś, zadowolona z pracy, którą wykonujesz ;)

    Chyba nie da się przez całe życie na swojej ścieżce zawodowej nie trafić prędzej czy później na jakiegoś świra, który utrudnia normalną pracę i funkcjonowanie. Warto jednak pamiętać, że są to albo jednostki, które nie panują nad emocjami i przelewają swoje frustracje na innych, albo osoby z kompleksami, które działając w taki sposób chcą poczuć smak władzy, udowodnić same sobie, że trzeba się z nimi liczyć i że są jednak w czymś dobre (choćby było do poniewieranie innych), albo ogólnie… Świry i psychopaci ;-)

    Miałam to nieszczęście, że na początku mojej kariery, jeszcze jako studentka szukająca pracy na pół etatu, trafiłam na szefa-furiata. To była praca w sklepie, w serwisie. Gość zatrudniał same kobiety, a potem się nad nimi psychicznie pastwił. Ja jakoś się trzymałam, bardziej stresowałam się konfrontacjami z trudnymi klientami niż z szefem, ale jedna z koleżanek co chwila latała do toalety z płaczem lub mdłościami, tak ją beształ (i to nieraz przy klientach).

    Pewnego dnia miarka się przebrała. Mieliśmy palący problem z odbiorem towaru przez klienta. Jak się później okazało – sprzęt był źle oznaczony przez producenta i jednak do nas na czas nie trafił, a klient dostał automatyczne powiadomienie, że jest do odbioru. Producent wysłał inny sprzęt ze złym oznaczeniem. Nic więc dziwnego, że na żadnym magazynie nie mogliśmy go odnaleźć.

    Kierownik zaczął na mnie przez telefon wrzeszczeć, że cały zespół to banda patałachów i że dzwonimy i zawracamy mu dupę (jego biuro było w osobnym pomieszczeniu, na piętrze, więc do typa przeważnie trzeba było dzwonić – nie można było opuścić stanowiska poza wyznaczonym czasem przerwy). Pamiętam, że nawrzeszczałam wtedy szefowi do telefonu, że w takim razie niech jaśnie pan sam ruszy tu swoje dupsko i poszuka sprzętu dla klienta, bo banda patałachów przetrząsnęła już wszystko i go nie ma, a ja już jestem godzinę po końcu mojego formalnego czasu pracy i jadę do domu – rozłączyłam się i trzasnęłam telefonem z wściekłości o ścianę (rozleciał się, potem został sklejony). Potem szef do mnie dzwonił na prywatny telefon i jeszcze z 10 minut kłóciliśmy się, gdy wracałam już autobusem. Nie odpuściłam i pamiętam, że wygarnęłam mu wszystko, co leżało mi na wątrobie, zwyzywaliśmy się wtedy niemiłosiernie. Wróciłam do domu, ochłonęłam, dotarło do mnie, że jutro pewnie kierownik wręczy mi dyscyplinarkę, ale w sumie – było mi to już obojętne. A przy okazji czułam satysfakcję, że mu nagadałam.

    Tymczasem następnego dnia nie tylko mnie nie wywalił, ale jeszcze wręczył kwiaty, przeprosił, zaśmiał się twierdząc, że mamy włoskie temperamenty i – jakby z podziwem – stwierdził, że jestem pierwszą osobą, która mu się tak postawiła.

    Szczęśliwy koniec historii? A gdzie tam. Jego wyznanie mogło mi dać do myślenia, że coś jest nie tak z jego głową. Okazało się, że wpadłam mu w oko. Zaczął być dla mnie mega miły, faworyzować, namawiać na spotkania po pracy, że mnie odwiezie do domu itp. Ustawiał swój grafik dyżurów tak, by mieć je ze mną. Wysyłał SMSy w stylu, że on jest „stary człowiek, i może” (gość był starszy ode mnie o jakieś 14-16 lat). Masarka, czułam się osaczona. Gdy dałam mu do zrozumienia, by zostawił mnie w spokoju, bo tego tak nie zostawię i zgłoszę wyżej, to… Zwolnił się. W grudniu skończył się mu okres wypowiedzenia i tuż przed sylwestrem przyszedł prywatnie do sklepu z szampanem (!!!!), po to, by mi powiedzieć, że po pracy „zabiera mnie” do siebie na imprezę i że teraz nie musi się kryć, bo mu wolno, bo przecież już tu nie pracuje. Odmówiłam, powiedziałam, że mam inne plany. Mimo to czekał na mnie przy wyjściu pracowniczym (nie wiem, jak się tam dostał – pewnie mu go ktoś po znajomości wpuścił – osoby nie będące personelem nie miały prawa się tam znaleźć). Musiałam poprosić innego kolegę, by mi towarzyszył w drodze do domu, tak się bałam, co mu odbije… Nachodził mnie w pracy jeszcze kilka razy, aż w końcu sama się zwolniłam – to był dobry moment, bo zmieniłam też adres, przeprowadziłam się gdzie indziej, zatarłam za sobą w ten sposób ślady, a numer jego telefonu zablokowałam.

    Spotkałam go jakieś dwa-trzy lata później w tramwaju, siadłam naprzeciwko, ale nie zauważył mnie – na szczęście. Gdy zorientowałam się, kto siedzi przede mną, szybko wstałam i przeniosłam się na koniec tramwaju.

    Ot, przygody z idiotami…

    • Elżbieta Zielińska

      Przeczytałam Twoją historię i stwierdzam, że psychopatów nie brakuje :( Bardzo dobrze zrobiłaś, że się postawiłaś. Natomiast to, że zaczął Cię faworyzować – niezłe zaskoczenie. I potwierdzające to, że nie było z nim do końca wszystko w porządku. Cieszę się, że jednak historia skończyła się dobrze dla Ciebie – choć czasem w takich sytuacjach zmiana otoczenia jest jedynym dobrym wyjściem. I mam cichą nadzieję, że szympans też nie ucierpiał. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *